poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Dzień Ojca świętowaliśmy w szpitalu - czerwiec 2009. Za miesiąc Tata odszedł na zawsze i myślałam, że moje serce skamieniało i żadna śmierć nie jest w stanie mnie wzruszyć.

W pierwszych dniach stycznia zadzwonił serdeczny kolega Janek, którego poznałam w moim rodzinnym mieście w 2004 roku podczas wyjątkowych uroczystości, gdy to Prezydent Ryszard Kaczorowski został Honorowym Obywatelem Miasta Sochaczewa, otrzymał symboliczny Klucz do Bram Miasta i brał udział w licznych imprezach m.in.Rekonstrukcji Walk nad Bzurą, której był Honorowym Patronem. Tata, jako kombatant AK i brat nieżyjącego żołnierza RAF-u, który zginął w walkach o Wielką Brytanie został zaproszony na tę uroczystość. Janek fotografował te wydarzenia, by opisywać je na swoich stronach. Tak Go poznałam i znajomość miło się rozwijała ponieważ pasjonowaliśmy się fotografią i mogliśmy o tym i nie tylko o tym miło rozmawiać, mimo,że widzieliśmy się tylko raz... i właśnie na początku stycznia tego roku zadzwonił i dowiedziałam się, że jest chory na białaczkę, leczy się w warszawskim szpitalu. Byłam za granicą, nie mogłam Go odwiedzić ale wierzyłam, że wyzdrowieje... 3 marca zmarł i nawet nie przypuszczałam, że zostawi po sobie tak ogromną pustkę. Doprawdy nie myślałam, że jest dla mnie tak ważny. Nie wymienimy się zdjęciami, uwagami, nie będziemy sobie żartować nawzajem,  nie będzie wiadomości na gg, rozmów, sms-ów - do dziś mam Jego szpitalne sms-y w telefonie. Nie mogę ich czytać, bo ból, ale nie potrafię ich zlikwidować, bo przykro..

Oto Janka zdjęcia z uroczystości, za które bardzo dziękuję:

Prezydent Ryszard Kaczorowski z włodarzami m. Sochaczewa  składa wieńce pod Pomnikiem Poległych

Tata, siostra i ja składamy kwiaty pod pomnikiem,  w który wmurowana jest urna z ziemią pobraną z cmentarza lotników polskich w Newark (Anglia)



po prawej Prezydent Kaczorowski, ja z siostrą i mężem oraz inni

Dziś wiem, nie ma Taty, nie ma Janka nie ma Prezydenta Kaczorowskiego i wszystkich wspaniałych ludzi naszych elit politycznych, którzy zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. Wiem też, że nie mam serca z kamienia.......wręcz przeciwnie....

sobota, 23 maja 2009





wtorek, 12 maja 2009
piątek, 05 grudnia 2008
piątek, 03 października 2008
piątek, 02 maja 2008
Trochę mnie Jutteczko zmusiłaś abym wreszcie coś napisała, ale jestem z tego zadowolona, bo coś "trudna" jestem ostatnio i doping był mi potrzebny. 
Kilka zdjęć z wycieczki rowerowej po błotnych okolicach Strzegomia.

Na drogę powrotną wybrałam polną drogę i gdy znalazłam się daleko od wioski i od docelowego miasteczka zaczęłam zastanawiać się czy jest tu bezpiecznie. Byłam sama. Po kilku kilometrach zauważyłam krzyż pokutny, co znaczyło, że dawno temu popełniono tu morderstwo. Tu wśród pól. Poczułam się nieswojo.
wtorek, 04 marca 2008
Miałyśmy wypadek. Muszę wyjechać na przeszło miesiąc. Cholernie się czuję.
środa, 27 lutego 2008
poniedziałek, 25 lutego 2008
Szczerze mówiąc jechałam tam nieco sceptycznie. Cóż, już tyle opowieści słyszałam o Londynie. Widziałam/znałam ze zdjęć, filmów… no, ale skoro się przydarzyło to trzeba wykorzystać i zaliczyć. Tak to początkowo traktowałam, choć myślę, że  wstyd się do tego przyznać. Gdy jednak znalazłam się tam, zobaczyłam, poczułam klimat tego miasta, jego zabytków i ogromnej różnobarwności ludzi mówiących w przedziwnych językach i ubranych w przedziwne stroje zrobiłam się niesamowicie zachłanna, wręcz chciwa na poznanie jak największej ilości atrakcyjnych, ciekawych miejsc. I nieważny był głód czy zmęczenie wielogodzinnym chodzeniem. Nieważne to, że łażę sama i nieważne jak późno wrócę do domu - chyba uda mi się znaleźć drogę do domu? 
Wstęp do muzeów jest zupełnie za darmochę. Wystarczy zatem mieć pieniądze na przejazdy, wałówkę w plecaku i zdobywać Londyn ! A gdy się już jest zabytkowej części miasta, to zatrzymać zegary, zwiedzać i dbac o to, by zdążyć  łyknąć jak najwięcej . Ja nie zdążyłam i mam ogromny niedosyt.  Dlatego pragnę tam wrócić.
Zupełnie przypadkiem trafiłam na główny plac centralnego Londynu - Trafalgar Square. Tu odbywają się ważne uroczystości i w tym miejscu londyńczycy witają Nowy Rok. Ja też witałam :) Plac powstał w XIX w. w miejscu dawnych stajni królewskich. Na środku placu 61 metrowa kolumna Nelsona, otoczona pomnikami i fontannami, ale dla mnie najważniejszym miejscem jest niepoznana do końca National Gallery, a w niej ogrom fantastycznych obrazów znanych mi i  niestety w ogromnej większości nieznanych malarzy, przedstawiających tajemnicze  dla mnie postaci, wydarzenia, miejsca historyczne lub też inne piękne rzeczy uwiecznione na płótnach.
Przykro mi było, ponieważ przewodniki po muzeach były we wszystkich ważniejszych językach, prócz polskiego. Czemu ?

                                            .

National Gallery i pomnik Jerzego IV

 

.

.

.

Tu: tyłem do NG  - widok na dwie  piękne fontanny-chwyciłam jedną

.

.

Fragment kolumny Nelsona, a dalej niespodzianka ! Big Ben ! Zaraz tam pobiegnę.

.

.

Mijam Kolumnę Nelsona. Po prawej Łuk Admiralicji

.

.

Robię kikanaście kroków, odwracam się by uchwycić kolumnę.

.

.

i idę do Big  Bena

.

.

Zbliżenia rzeźb fontanny. W sepii chyba ciekawsze ?

.




wtorek, 19 lutego 2008
Tube map

Taką oto mapkę londyńskiego metra dostałam od Tomka i po naszej jedynej wycieczce do centrum miasta, a jest to dość daleko od miejsca zamieszkania, bo ok 1.5 godz. jazdy autobusem, miałam poznawać to wielkie miasto zupełnie sama. Ten pierwszy raz pojechaliśmy dość wcześnie w jasny i nawet pogodny jak na Londyn dzień, jedną drogą, a wróciliśmy ciemnym wieczorem inną. To nie dało mi możliwości zapamiętania trasy jaką pokonaliśmy z jakimiś charakterystycznymi rozpoznawalnymi miejscami, by potem w miarę spokojnie, samodzielnie i bez lęku  wrócić pod należyty adres.
Wyjścia nie miałam. Albo beznadziejne siedzenie w domu, albo wziąć "oysterkę" (elektroniczny bilet na wszystkie środki transportu miejskiego, który „topujemy” czyli doładowujemy w kiosku – dobrze by znać język jakim gadają tubylcy, a nie tak, jak taka jedna ja, co to ani be, ani me i ani nawet  kukuryku..), telefon – stały kontakt z Moniką i Tomkiem, czyli swoisty GPS w razie by co, aparat, banan, jabłko, kilka funtów oraz sporą dawkę odwagi, a nawet determinacji i w drogę.
Na tej maleńkiej mapce widziałam tyle, co na tej, którą tu zamieściłam. Okulary nie pomogły, bo w metrze oświetlenie kiepskie, literki drobniutkie, ale tak czy inaczej gubiłam się w tych kolorowych kreskach, które oznaczają konkretne trasy oraz ich połączenia. Co prawda Monika i Tomek tłumaczyli mi co to wszystko znaczy, ale gdy danych jest zbyt dużo, zawieszam się. Stres przed Wielkim Nieznanym powodował mój lęk, że nie dam sobie rady, zgubię się i w ogóle… Przed wyjściem jeszcze kilka uwag w moim kierunku, abym wsiadając do metra nie pomyliła "west" z "east", uważała w labiryncie korytarzy i przejść:
- wystarczy czytać ! 
- spoko :(

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12